Sama nie potrafię opisać momentu, w którym to się stało.
Kiedy to do mnie dotarło. A może to uczucie żywiłam już od dawna, ale było nienazwane?
"Oj przestań kobieto. Kim ty takim jesteś niby w ogóle? Skąd się wzięłaś i jakim prawem wydaje Ci się, że zmieniasz wszystko?"
"Nic nie zmieniam, a jestem..? Nikim chyba."
Czułaś się kiedyś jak kałuża? Nie chodzi nawet o to, że będzie z Ciebie błoto.
Jesteś po prostu nieokreślona. Nie masz oczywistych granic. Czasem przyleci jakiś ptak, na przykład Mewa i napije się z Ciebie.
Trochę Ciebie przy tym uszczknie, ugasi przy tym pragnienie i odleci, a Ty pozostajesz kałużą.
Kałuża nie jest co prawda rwącym potokiem. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wyparować, skroplić się i wpaść do rzeki, dopłynąć do morza i być szczęśliwym, mogąc się bezkarnie pienić.
Więc może jednak coś zmieniam? Może musiałam wyparować i zacząć się pienić, żeby coś wskórać.
Coś zrobiłam. Czymś sobie zasłużyłam na ten wielki, napęczniały od sympatii, zamarznięty kawał ziemi.
Ona nie rzuca tak w byle kogo.
To było jak wyzwanie rzucone (całkiem dosłownie), mojemu małemu,
niczego niespodziewającemu się sercu.