Czasem czuję się jak gdyby ktoś obdarł mnie ze skóry.
Wszystkie nerwy mam na zewnątrz. Wszystko czuję i wszystko sprawia mi ból.
Nawet delikatny powiew wiatru odczuwam niczym torturę.
Podobnie ma moja dusza, która siedzi gdzieś głęboko wewnątrz i pochlipuje.
I kiedy przychodzi taki dzień, jestem wrażliwa, jak jedna wielka rana.
I cokolwiek powiesz odczuwam tak, jakbyś oblała mnie od stóp do czubka głowy kwasem.
Wysiada mi wtedy system obronny. Nie spełnia funkcji, jest przeciążony.
Nie miej mi tego za złe, że się mażę, że potrafię stroić fochy i płakać.
Nie jestem ideałem. Chociaż bardzo chciałabym nim być.
Bo, jak ktoś to doskonale i bezbłędnie zauważył (i chyba tylko w tej kwestii się z nim zgadzam), zasługujesz na ideał i aż mnie boli wewnątrz.