Muszę zacząć od początku. Wszystko muszę zacząć od początku.
Brzmi dość groźnie.
Sugeruje nawet koniec czegoś, ucieczkę, odejście, wyjazd, rozczarowanie.
Ale to nie to.
Rzecz w tym, że muszę zacząć pisać od początku, bo dużo się zmieniło.
Już raz podjęłam wyzwanie i zaczęłam do Ciebie pisać.
Ale to nie było to.
Ton pretensjonalnej zołzy to nie było to co chciałam Ci przekazać przez cały ten czas.
Zdążyłam wówczas zapisać kilka stron, wiele przy tej okazji powspominać.
Wylałam z siebie dużo smutku, żalu, goryczy a nawet egoizmu.
Nasza relacja kształtuje mnie każdego dnia, coś we mnie zmienia. Czasem na lepsze a czasem na gorsze.
Teraz chciałabym z głębi serca mówić i myśleć tylko o tym, co zmienia nas obie na lepsze.
We mnie też się coś zmieniło od czasu Twojej ostatniej wizyty.
Od bardzo dawna nie doznawałam takiego spokoju.
Byłaś tu tydzień temu a ja już tęsknię i liczę, że szybko Cię zobaczę.
Moja tęsknota jest jednak zupełnie inna.
Nie do końca wiem z czego to wynika.
Nie jest to tak paniczne uczucie zapierające dech w piersiach w bezsenne, samotne noce.
Serce nie wali mi już jak młotem, nie jest mi na przemian gorąco i zimno na myśl, że nie wiem kiedy Cię zobaczę.
Jestem spokojna.
Ale to wcale nie znaczy, że tęsknię mniej.
Tęsknię inaczej.
Moja tęsknota nie jest już spazmatycznym, astmatycznym wciąganiem powietrza.
Jest miarowym oddechem.
To jak witanie każdego kolejnego dnia słowami "Witaj szlachetny dniu. Ty też przybliżysz mnie do mojej miłości."
Jest jak wciąganie samotności do płuc przy okazji każdego wdechu.
Jest jak puste łóżko.
Jest jak Twój zapach wyłapywany przeze mnie na ulicy bezwiednie co jakiś czas.
To powracające myśli.
To oczekiwanie.
Ale oczekiwanie przepełnione nadzieją, Twoją skórą, Twoimi włosami, Twoim dotykiem, wzrokiem i oddechem.
A co najważniejsze- Twoim powrotem.
(październik 2011)